Są upokorzenia, które…
„Co więcej. To Anna Siergiejewna przeprowadziła ekspertyzę projektu, który zapewnił pańskiej rodzinie główne źródło kapitału. I to ona nalegała, żebym w ogóle usiadł do stołu negocjacyjnego z pańskim synem”.
Spojrzał na mnie ponownie i wyciągnął rękę.
– Chodźmy. Tu nie ma nic do roboty.
Położyłam dłoń na jego dłoni. Dopiero wtedy zauważyłam, jak trzęsą mi się palce – nie ze strachu, ale z napięcia, które w końcu ustąpiło.
Wadim stał tam z otwartymi ustami. Jego twarz poszarzała. Próbował coś powiedzieć.
– To… to nieporozumienie… Aniu, powiedz mu…
Żdanow odwrócił się po raz pierwszy.
„Młody człowieku” – jego głos stał się lodowaty. „Właśnie publicznie upokorzyłeś kobietę, przez którą tu siedzisz. Radzę ci milczeć”.
Tamara Pawłowna powoli opadła na krzesło. Iroczka zakopała twarz w telefonie, udając, że jej tam nie ma.
Ruszyliśmy do wyjścia. Całe pomieszczenie się rozstąpiło. Usłyszałem za sobą szepty, czyjś nerwowy śmiech, spadające widelce.
Na zewnątrz było zimno. Wziąłem głęboki oddech nocnego powietrza i nagle zdałem sobie sprawę, że mogę oddychać głęboko.
„Czy wszystko w porządku?” zapytał Żdanow łagodnie.
„Tak” – odpowiedziałem. „Teraz tak”.
Tydzień później złożyłam pozew o rozwód. Vadim dzwonił, pisał i przyjeżdżał. Mówił, że wszystko zostało źle zrozumiane. Że się zapędził. Że „nie miał tego na myśli”.
Nie otworzyłem drzwi ani razu.
Czasami człowiek musi publicznie stracić wszystko, żeby zrozumieć, kim naprawdę był. A czasami wystarczy po prostu wstać od czyjegoś stołu.
Nie byłem już żebrakiem.
Nie był służącym.
A nie była żoną mężczyzny, który uważał miłość za ozdobę.
Byłem sobą.