Są upokorzenia, które…
Wadim chwycił go gwałtownie, gniewnie, z taką siłą, że aż zabolały go palce. Twarz wykrzywił mu strach – strach przed tym, że okaże się słaby, niezdarny, „niewłaściwy” przed właściwymi ludźmi.
Wadim się wyprostował. Jego ramiona napięły się, a broda uniosła – osiągnął stan, w którym człowiekowi nie zależy już na tym, kogo skrzywdzi, byle zachował twarz.
„Ochrona!” powiedział głośno, niemal krzycząc. „Zabierzcie ją. Ona tu jest nikim. To moja wina, że w ogóle ją tu przyprowadziłem”.
Ktoś zachichotał nerwowo. Ktoś odwrócił wzrok. Muzyka w ogóle się nie zaczęła – DJ zamarł, wahając się, czy nacisnąć przycisk.
Dwaj strażnicy przy kolumnie wymienili spojrzenia i zrobili krok w moją stronę.
Nie ruszyłem się. Czułem pustkę w środku. Nie boleśnie – po prostu pustkę. Jakby wszystko, co można było zniszczyć, zostało już zniszczone przed tym wieczorem, a teraz po prostu to zapieczętowali.
„Słyszałeś?” Wadim podszedł bliżej. „Wynoś się stąd. Nie każ mi się powtarzać. Jesteś tu służącą, nie żoną”.
Powiedział to głośno, wyraźnie i rozważnie. Tak, żeby wszyscy mogli usłyszeć. Żeby nikt nie miał wątpliwości, po czyjej stronie stoi.
Spojrzałam na jego twarz. Kiedyś tak znajomą. Teraz obcą i gniewną. I nagle zrozumiałam: już się nie bałam. Nie jego, nie tego pokoju, nie jutra.
Zrobiłem krok – nie w stronę wyjścia, ale w bok. I właśnie w tym momencie wydarzyło się coś, czego Wadim się nie spodziewał.
„Stój” – powiedział ktoś spokojnie za mną.
Głos był cichy, ale niósł ze sobą taki ciężar, że pomieszczenie zdawało się zapadać. Strażnicy zatrzymali się.
Zza stołu prezydialnego wyłonił się mężczyzna. Wysoki, siwowłosy, z prostymi plecami. Nie spieszył się. Nigdy się nie spieszył – nie miał dokąd się spieszyć.
Żdanow.
Ten sam, o którym szeptał Vadim, ćwicząc swoje kwestie przed lustrem. Ten, dla którego zebrało się tu dziś pół miasta.
Przeszedł obok Vadima, nawet na niego nie patrząc, i zatrzymał się obok mnie. Tak blisko, że poczułem ciepło jego ramienia.
„Anno Siergiejewna” – powiedział wyraźnie i głośno. „Wybacz tę farsę. Myślałem, że już wyszłaś”.
Na sali zapadła głucha cisza.
“Wy… wy się znacie?” mruknęła Tamara Pawłowna, blednąc.
Żdanow odwrócił głowę w jej kierunku.